Jak iść za Chrystusem

image_pdfimage_print

Wytrzymać ze sobą samym – dla siebie, dla wspólnoty…

 
Istnieje ogromna trudność, wynikająca z braku doświadczenia, by zrozumieć, czym jest prawdziwa kontemplacyjna samotność. Św. Benedykt mówi, że dopiero po wielu latach przebywania we wspólnocie braterskiej można stać się zdolnym do tego, by odejść na pustynię i tam twórczo i owocnie przebywać z samym sobą. Jak to ze sobą? Wydawać by się przecież mogło, że człowiek (spragniony mistyki, samotności) nie odchodzi na pustynię, aby tam obcować z samym sobą, ale aby owiany „łagodnym wietrzykiem” obcować z samym Bogiem. Okazuje się jednak, iż powrót do pogodnego przestawania z sobą samym jest sprawą na tyle istotną, że jeśli nie nastąpi spotkanie, pojednanie, utożsamienie się ze sobą, to nie ma szans – ani na owocne przebywanie na pustyni, ani na kontemplacyjne zjednoczenie z Bogiem. Wtedy dopiero zaczynamy odkrywać, że jest to genialne: „wytrzymać” ze sobą samym: i ze swoją piękną oryginalnością, i ze swoimi biedami i udrękami.
Jeżeli nauczymy się pogodnie i twórczo obcować ze sobą samym (habitare secum), wówczas okazuje się, że nie musimy przed nikim „pajacować”, nie musimy nikogo małpować, nie musimy też na nic najemniczo zasługiwać. Nie potrzebuję ludzi będących obok mnie czy innych jako nianiek do towarzystwa, jako „polepszaczy” humoru, co jest jakąś formą uzależnienia. Inni dalej są mi potrzebni i ja jestem im potrzebny, ale w zupełnie nowy sposób: w większej wzajemnej wolności. Na tyle głęboko odkryłem swoją wewnętrzną oryginalność, niepowtarzalność, godność, wartość, iż nie uzależniam jej od opinii nikogo na świecie. I na nic nie muszę zasługiwać, na nic zarabiać jak najemnik. Moja mentalność, mój styl życia opiera się teraz na darmowości, na bezinteresowności, a nie na zasłudze.
To wszystko odkrywa się w samotności, sam na sam ze sobą i z Bogiem. Są w tej samotności takie chwile, które są rozkoszą, gdy przebywanie godzinami samotnie w celi czy na łonie przyrody jest autentyczną radością, a są też takie, które są udręką. Początkowo człowiek zastanawia się, niekiedy lekko poirytowany, co takiego z zewnętrznych warunków przeszkadza mu te chwile samotności przeżywać w wolności i pokoju. Zawsze potrafimy znaleźć jakieś mniejsze czy większe niedogodności w otaczającym nas świecie (ludziach, pogodzie itp.). Po pewnym czasie orientujemy się jednak, że nie tu jest istota problemu, że te wszystkie zewnętrzne niedogodności – choć czasem realne i dokuczliwe – nie stanowią przeszkód głównych. Przeszkoda główna polega na tym, że to ja nie potrafię habitare secum. Nie potrafię ze sobą „wytrzymać”, „wytrzymać” samego siebie. A co dopiero spotkać się w wolności z kimś drugim. Dopóki nie odkryję i swojej nędzy, i swojej pięknej oryginalności, a nawet w pewnym stopniu – jakby wystarczalności samemu sobie (niemającej nic wspólnego z chorobliwym, egocentrycznym narcyzmem), dopóty nie jestem w stanie spotkać się w prawdzie i w wolności z inną osobą ani rzeczywiście twórczo budować wspólnotę.
Niezwykle ważne jest odkrywanie w sobie owych przeróżnych blokad, nieprawdopodobnie mocnych nieraz mechanizmów obronnych, które jeśli nie są odkryte i przepracowane, nie pozwalają nam pojednać się ze sobą, przebaczyć sobie, pogodnie ze sobą przestawać, co siłą rzeczy uniemożliwia lub osłabia przestawanie z moim Bogiem czy z braćmi.
Jezus wywołuje mnie ze stada, z masy, z bezimiennego tłumu, by mnie przetworzyć w oryginalną, wolną osobę, od nikogo niezależną, która nikogo nie udaje, nie stara się nikomu na siłę podobać.
Jezus nie chce, bym funkcjonował na poziomie banalności, na poziomie gadatliwości o wszystkim i o niczym, na poziomie hałaśliwej wzajemnej komunikacji, z której nic sensownego poza płytkim kumplostwem nie wynika. Bardzo chce natomiast, bym stawał się oryginalnym indywiduum, które w nowy, pogłębiony sposób komunikuje się z drugą osobą i wówczas zaczynamy tworzyć społeczność tych wywołanych z anonimowego tłumu. Jestem więc wywołany, wyodrębniony i muszę zazdrośnie tego strzec.

 

o. Serafin Tyszko OCD